Radom – część II, bez epilogu

Lorenem o należne do zajętego szczelnie stolika na dole, w odpowiedzi usłyszeliśmy że tamci tylko na jedno piwo i na koncercie nie zostają. Przesiedzieli zaś cały koncert, za co im chwała, a że za free to już trudno ;] Przyznam się, że szampańskich nastrojów nie zepsuła nam nawet niemnoga liczba publiczności. Wstęp był zdaje się po siódemkę (odsyłam do plakatu, bo nie pamiętam) i kiedy zwróciliśmy się z

Przyjeżdżając do Radomia byłem już spokojnie po pięciu browarach. Ze dwa wypiłem jeszcze przed koncertem, no i zaczynamy. Jako pierwsi, bo bez bębniarza itp. Przez moją nadgorliwość zagraliśmy znacznie szybciej każdy numer i chuj ze sludge’u się zrobił. Ale dobrze było. Skończyliśmy i się zaczęło…. Podszedł do mnie ziomek wychwalając vaginę i obiecał znaleźć tańsze chlanie (jakby darmowe browary w Jack Rock’s były drogie). Poszliśmy na tyły, a tam monopolowy całodobowy. Tośmy się wdali w dyskusję o muzyce z klientami i wylądowaliśmy z kolei na tyłach monopolwego. I jeszcze po dwa piwka. Marian dostał lekcje o niegdysiejszym wzajemnym szacunku do siebie wszelkich subkultur radomskich, opierającym się na szczaniu dokładnie pod śmietnikiem, nigdzie indziej. Wesoło było, a w tle po Spiral Domain, rozgrzewał się już Muerte. Traf chciał, że Marian i Sagan poszli już do środka, a ja jeszcze dla kurażu obaliłem winiaka z nowym kolegą. To i się jeszcze bardziej wesoło zrobiło.

Wracam do środka, tam nawet ludzie pogowali ! To pomachałem łbem parę razy, a potem siadłem usatysfakcjonowany na krześle. Koncert się skończył, 40 zeta wyszło na kapelę. Zebraliśmy graty w tej zimnicy i spaduwa do domu. W drodze kolejne niespodzianki !

Po pierwsze, pierwsze pół godziny jechaliśmy z przymarzniętą szklanką browaru do dachu wehikułu. Mojego browaru. Na stacji benzynowej Piter mnie ją podał i już sobie wesoło popijałem. Marianowi zaś nie było do śmiechu, bo wyłożył się kompletnie (żeby nie powiedzieć zerzygał), czego efekty widać na zdjęciach. Innymi słowy powrót był bardzo troo i heavy (to po drugie). Policja widząc samochód w takim stanie nie omieszkała nas zatrzymać. Troszkę to trwało, ale nas, wesołą komapniję puścili dalej. Prosto do mcdonald’sna świętokrzyszkiej. Godzina czwarta rano, Czapa już dawno wyładował z moim ojcem graty w Wesołej i czekał nie wiadomo po co na nas. Kolejna w Mac’u niemiłosierna, spokojnie z 40 minut nam na tym zeszło. I poniekąd się opylało. Bo dobre było. A poniekąd, bo na składzie mieli tylko Big Mac’i. Opierdoliliśmy big mac’i i do domu. Padłem na pysk jak świnia odliczając godziny do koncertu w No Mercy

Kidriv

ps. Tak wiem, że na zdjęciach mrok i szatan, ale uwierzcie na słowo – było wesoło !

Reklamy

Komentarze 4 to “Radom – część II, bez epilogu”

  1. Ja dalej podtrzymuje wersje ze to przez tą chujową kanapke ze stacji benzynowej !

    • vagitarians Says:

      no pewnie tak. ale przynajmniej kibel tam byl za darmo ;] w ogole swoja droga to za czesto w no mercy gramy, bo mi sie pierdoli co na ktorym koncercie sie wydarzylo ;]

  2. z kazdego grania w no mercy to ja wszystko dobrze pamietam , wiec pytaj śmiało , za z junglą mam problemy :D:D

  3. za to z junglą , miało być

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: